A ferie minęły mi bardzo miło, pierwszy tydzień, spokojna muzyka, zima, chillout, koniec tygodnia - szał pakowania, znajomi, no i wyjazd. Bardzo fajnie było, śnieg wszędzie, stok super, miła atmosfera w domu, gdzie mieszkałam. Już od progu, pomimo mrozu na zewnątrz, zostałam bardzo ciepło przyjęta. Czułam się, jakbym nie przyjechała do nowych, nieznanych mi ludzi, a do cioci czy tam wujka na weekend. Dzięki bezkonkurencyjnym obiadkom i ciastom gospodyni chyba wróciłam cięższa o 5 kg, to nawet dobrze. Jak wróciłam dziś do Krakowa, zdołowało mnie szare, "brudne" od smogu niebo. Zawsze byłam przekonana, że zdjęcia jakiejś zaśnieżonej polany i błękitno-niebieskiego nieba (klik) to jakiś fotomontaż. No bo jak to, takie niebieskie niebo w zimie? A tu się okazało, że to jak najbardziej możliwe. Więc krótko mówiąc, jestem oczarowana polskimi górami. A co do terminu ferii... No cóż, nie tylko ja uważam, że jest on beznadziejny, o wiele lepiej by było mieć ferie właśnie w lutym. A nie tak... pierwszy termin. Masakra. Anyway. Czas wrócić do codziennej rutyny. Ale dni są już coraz dłuższe, niedługo przyjdzie wiosna, znowu będą święta, więc wolne, nie ma co narzekać. Te ferie miały być dla mnie takim "odwykiem" i postanowiłam się zmienić, pomagać ludziom... Albo chociaż być miła, dobra, rozumiecie. Przesyłam Wam trochę mojej pozytywnej energii oraz śniegu, oby był w mieście jak najdłużej, bo bardzo nie lubię jak topnieje i wszędzie jest błoto.. WSZĘDZIE.

3/4 zdjęcia ze mną... to się nazywa "samouwielbienie". Pomoże mi ktoś? Paranoja. Pozdrawiam, podoba się? Może obserwacja? Potrzeba mi motywacji!



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz