piątek, 1 lutego 2013

wspomnienie świąt.

Dzień dobry, weekend się zaczął. Mam w planie się wyspać i potłuc dupkę na lodowisku. Zebrało mi się na wspomnienie świąt. W sumie, zbliża się jako takie święto, walentynki, osobiście za nimi nie przepadam. Być może dlatego, że nie spędzałam ich jeszcze z osobą naprawdę dla mnie ważną. Zazwyczaj to było takie szukanie towarzystwa "na szybko". No ale wracając do świąt, wiecie, zjeżdżają się wujkowie, ciocie, słuchamy jak to urośliśmy, babcia mówi, że musimy przytyć i wszędzie biegają dzieci i wszędzie są prezenty...

By the way, mój tekst odgrzebany na dysku, z czasu świąt:

 Magia świąt? Matko i córko, wszędzie. Jadę sobie gdzieś w okolice rynku, starego miasta Krakowa, wpadamy do galerii, a tam na**ane choinkami bombeczkami i takimi tam. Stary, wchodzisz w te gwiazdeczki, gwiazdunie, gwiazdoszki i Ci odbija. Wlazłam do empików, kukartek i chyba wykupiłam pół sklepu. A bo rodzicom trzeba coś kupić, tak im na co dzień daję w kość, że w święta im się coś należy. No ale dla przyjaciół też trzeba, ale jak jednemu kupie to temu drugiemu też by wypadało, ale jak się poczuje ten trzeci? W mojej głowie powstaje lista bez końca, osób do obdarowania jakimiś prezencikami, portfel wbrew pozorom i swojemu rozmiarowi wcale nie jest bez dna, Patrycja na skraju bankructwa, hajs „przejedzony” na drożdżówki, oczywiście. W połowie zakupów orientujesz się ile tego wszystkiego wspaniałego jest w tych sklepach, że chcesz tą płytę i tamtą, a za tą też się nie obrazisz, ojejku, ale super książka! Kończy się na spadku własnego poczucia wartości, bo przecież zawsze miałeś wszystkie fajne książki i płyty, a tu takie wielkie zaległości. Ale zakupy to pół biedy, wracasz, tłuczesz się autobusem z tymi torbami, wokół mnóstwo ludzi, jakieś babcie się na Ciebie wywracają z siatami, inne traktują swoje reklamówki jak współtowarzyszy podróży i sadzają na siedzeniu obok, w wejściu jakąś pierdołę drzwi przytrzasnęły, jeszcze inna pierdoła biegnie za autobusem, bo nie zdążył, a obok Ciebie jakiś spocony, upity menel.
Ścisk jak w słoiku ze szprotkami. Czujesz się jak śledź w sosie własnym zapakowany po świętach w słoiczek przez ciocię z Pcimia. Ok., koniec, jeszcze jeden przystanek, powoli się próbujesz przecisnąć w stronę wyjścia bo przecież na miejscu to się nie wyzwolisz z cieplutkiego uścisku nieznajomych wokół, aż tu nagle BILECIKI DO KONTROLI. Szukasz tego małego papierka, znajdujesz go, cały już zestresowany, a kanar nawet nie spojrzy na Ciebie, czy go masz. wtf?  wysiadasz z autobusu, nie wierzysz w to co widzisz, zamieć, mróz -20 stopni.. Dostajesz drgawek, powoli zmierzasz w stronę domu, wchodzisz, rzucasz się na milutkie łóżko po całym dniu na nogach, i myślisz co kupiłeś. Oczywiście czegoś zapomniałeś, ale czego. Prezenty? Są. Żarcie? Jest, lub się jeszcze kupi. Opakowania? Jezu… Znowu się pakujesz w te wszystkie kurtki, szaliki, swetry bla bla bla, wchodzisz do tej zamrażalki i idziesz w stronę pobliskiego sklepu, zakupujesz papier w gwiazdki, jakieś wstążeczki, dumny z siebie w podskokach kierujesz się do swojego azylu, ciepłego azylu. Ale świat jest taki cudowny, że spotkasz jeszcze znajomych, którzy Cię zaciągną z powrotem między prezenty bo muszą coś kupić, jak się od nich wyzwolisz, przychodzi czas na spotkania bliskiego stopnia z Twoją nauczycielką z podstawówki, za którą, delikatnie mówiąc nie przepadasz, a ona Cię uwielbia i uwielbia sobie pogawędzić na mrozie przed sklepem i nie da się ukryć, że ma gadane. Z grzeczności stoisz pięć, dziesięć minut, pół godziny, wreszcie DOM. Na zegarku ok. 19, wskakujesz w swój nie wyjściowy dresik, muza na ful, pakujemy. Pomimo moich talentów artystycznych, o pakowaniu prezentów nie mam zielonego pojęcia, rozwinęłam papier i można powiedzieć, że prawie się nim zmumifikowałam. Żeby zapakować głupie pudełko potrzebna mi była instrukcja krok po kroku, a warto dodać, że jeszcze nic nie udało mi się spakować.

No, to tyle. Całe święta uczyłam się pakować prezenty, jakoś kilka spakowałam, ale w dalszym ciągu zajmuje mi to.. bardzo dużo czasu. Ale mimo wszystko, chwile z rodziną, podczas Wigilii, dyskusje o polityce dziadka z ciocią, składanie życzeń i kłótnie przy stole są bezcenne. Zazwyczaj po wszelkiego rodzaju świętach jestem zmęczona i wszędzie mam jakieś resztki upominków i słodycze, ale nie wyobrażam sobie braku tej atmosfery. Jeszcze jakby w dzień Wigilii był śnieg.. Marzenia. Pozdrawiam, ah, zjadłabym sobie świątecznego makowca. ;3


1 komentarz:

  1. sporo tych brezentów do kupienia :P
    Święta są piękne, ale piekielnie się je organizuje.

    http://blogfajnejolki.blogspot.com/

    Zapraszam!

    OdpowiedzUsuń